Keytar, dubstep i muzyczne katharsis

O Lights na tym blogu pojawiło się już całkiem sporo, zwłaszcza biorąc pod uwagę że na całym blogu ogólnie pojawiło się niewiele. Stąd kolejny tekst, tym razem w całości jej poświęcony, powinien albo dziwić, albo wcale nie dziwić (tu proszę sobie uprzejmie wybrać). W każdym razie korzystając z chwili wolnego czasu, kolejnego przypływu weny do pisania tekstów, a także niedawnej premiery jednej z najciekawszych płyt w historii mojego zakochania w muzyce uznałem, że to idealny czas i miejsce, by znów przelać na ekrany monitorów trochę bardziej emocjonalny tekst. Bo to, że Lights w chwili obecnej jest zdecydowanie na 1 miejscu w moim muzycznym serduchu jest już faktem dokonanym. I to dokonanym chyba na długo przed wspomnianą premierą.

Czytaj więcej

Sorry Not Sorry

Tekst o podobnej tematyce już od dawna chodził mi po głowie, ale jakoś zawsze znalazłem powód, żeby ostatecznie nie decydować się na pisanie (zazwyczaj lenistwo, sic!). Tym razem jednak, korzystając z chwili wolnego uznałem, że warto znów przelać kilka myśli na wirtualny papier i podzielić się kilkoma mniej lub bardziej odkrywczymi spostrzeżeniami.

Czytaj więcej

Noworoczna tradycja Nevana

Nowy rok, nowy ja, nowy pomysł na krótki wpis na bloga. I zaczyna się też tematycznie, bo rzecz się w pierwszy dzień nowego roku, tak samo zresztą jak rok wcześniej i dwa lata wcześniej. Rokroczną tradycją jest dla mnie bowiem odcięcie się od świata tego dnia i odpalenie radiowej trójki, gdzie przez 12 godzin serwowana jest muzyczna uczta o nazwie Trójkowy TOP Wszechczasów. Siadam wygodnie w fotelu, albo gramolę się na łóżko, chwytam za książkę i nie interesuje mnie nic poza dźwiękami wydobywającymi się z głośników i literkami skaczącymi przed moimi oczyma. No ale nie każdemu się to podoba Czytaj więcej

W 30 sekund tam i z powrotem

Odpaliłem sobie ostatnio nowy singiel 30 Seconds to Mars. Chłopaki po kilku długich latach przerwy zaczęli nagrywać nowy materiał, a ja z wypiekami na twarzy czekam na efekty tej pracy, zwłaszcza że poprzedni album stracił wszystkie atuty poprzedników i uwydatnił ich największe wady. Love Lust Faith + Dreams” był albumem słabym, nieciekawym, pozbawionym przebojowości i przesadnie melancholijno-artystycznym. Jak będzie tym razem? Hm, raczej na powrót do stylu z debiutu nie ma co liczyć.

Czytaj więcej

Umysł zmącony szaleństwem a muzyczna tożsamość

Opowieści o Lostprophets zazwyczaj zaczynają się i kończą na tym samym człowieku. Ian Watkins, bo o nim mowa, był założycielem kapeli, której historia, niczym w prawdziwym thrillerze, kończy się potężnym twistem. Potężnym, choć paskudnym, bo gdy już zdawać się mogło, że po wydaniu 5 albumów mogliby do końca życia odcinać kupony od sławy i pluskać się w słonecznych promieniach na plażach Copacabany, niespodziewanie ich kariera z impetem uderzyła w mur i roztrzaskała się na drobne kawałeczki, boleśnie kalecząc po drodze każdego członka kapeli, a wspomnianego Iana wyrzucając na śmietnik muzycznej historii. Ale czy słusznie? Pytanie trywialnie proste w swoim założeniu, jednak wg mnie nieco trudniejsze, gdy należycie sięnad nim zastanowić.

Czytaj więcej

Świtatło na końcu drogi, czyli muzyczna podróż ze słuchawkami na uszach

Lubię o sobie mówić jako o osobie znającej się na muzyce. Jako o pasjonacie i fanatyku, rzadziej jako o znawcy czy ekspercie. Bo lubię mówić też, że na muzyce to w sumie ciężko się znać; przez lata gusta i guściki rozwijały się tak prężnie, że chyba nie ma na świecie osoby, która nie umiałaby znaleźć swojej niszy w nieograniczonym oceanie dźwięków. I ciężko mi krytykować kogoś tylko dlatego, że satysfakcję sprawia mu słuchanie innej zlepki wyłowionej w tym oceanie.

Gdzieś po drodze w mojej muzycznej tułaczce zauważyłem, że — chyba troszkę nieświadomie — inaczej podchodzę do gustów growych, filmowych, serialowych czy sportowych a inaczej do muzycznych. Bo o ile słabą grę aktorską, niski poziom piłkarski czy kiepski scenariusz z jałowymi dialogami jakoś automatycznie przypisuję pod kategorię „słabe”, o tyle z muzyką mam ten problem, że ciężej jest mi zmierzyć jakość „wyrobu”, chyba w dużej mierze przez wspomnianą wcześniej różnorodność. Jasne, jest wiele gatunków, których nie lubię, ale czy to oznacza, że są one słabe?

A skoro już o guście zacząłem to pociągnę ten temat nieco bardziej, bo od dawna po głowie chodził mi tekst-podsumowanie, pisany bardziej dla mnie, niż dla kogokolwiek innego, w którym spróbuję rozpisać swoją muzyczną drogę. Od muzycznego raczkowania i zasłuchiwania się w imperium kaset magnetofonowych zacznijmy.

Czytaj więcej